Press "Enter" to skip to content

Małe miasto wielkich bloków cz. 1

Nie cieszą się specjalną estymą. Choć wychowały się w nich już całe pokolenia Sopocian, traktujemy je raczej obojętnie lub jako zło konieczne, niźli istotny i niezbywalny element układanki miejskiego krajobrazu. Miały budzić politowanie i niechęć wobec swojej bylejakości, wobec banału i braku architektonicznego polotu. Jednocześnie są niczym piętno poprzedniego ustroju. Ogromnych rozmiarów stygmatem określonego sposobu myślenia, częstokroć wprost stawiającego się w opozycji do historycznej spuścizny kurortu. O Sopocie i kierunkach jego rozwoju można debatować i snuć fantazje, ale one wciąż stoją niewzruszone. Sopockie bloki, nieruchome świadectwo PRL-u, wielkie betonowe „szafy”, poszczególne ogniwa dzielnic i osiedli, dom tysięcy Sopocian.

Wielkie bloki fascynowały mnie od najmłodszych lat. Wrażenie, które robił wręcz surrealistyczny gigantyzm najdłuższego falowca jest jednym z pierwszych wspomnień w ogóle. Albo setki jaśniejących punktów na Zaspie-Młyńcu obserwowane wieczorami z okien pociągu. Zawsze, gdy trafiałem w pobliże wielokondygnacyjnych blokhauzów, zadzierałem głowę najwyżej jak mogłem, aby dokładnie policzyć piętra. Ilekroć dłużej się przyglądałem, tym bardziej nurtujące stawały się pytania: co widać z góry i jak to jest mieszkać w jednym domu z tyloma ludźmi?

Pierwszy dom – kawalerka na najwyższym 8 piętrze przymorskiego punktowca przy ówczesnej ulicy Czerwonego Sztandaru. I choć w blokach spędziłem później jeszcze kilka lat życia, to już nigdy nie zamieszkałem w wieżowcu. A chciałem. Chyba gdzieś w podświadomości, pomimo niebywałej ciasnoty i hord buszujących w zsypach gryzoni, zachował się idylliczny obraz takiego mieszkania.  Pragnąłem widoków z najwyższych pięter na co dzień, drapania się windą na samą górę, spania wysoko nad ziemią, obserwowania z kuchni horyzontu ze statkami.

Z biegiem lat dziecięce zauroczenie przerodziło się w odczucia bardziej ambiwalentne. Jednakowoż zdałem sobie sprawę z całego wachlarza niedoborów oraz braku jakości, którymi charakteryzuje się wielorodzinne budownictwo czasów Polski ludowej, tak wciąż wzbudza ono moją ciekawość. Do dziś nie potrafię obojętnie obok przejść.Gdziekolwiek bym nie był, wypatruję wysokich bloków. Za granicą porównuję z polskimi. W Polsce, przy każdej nadarzającej się okazji, szukam w różnych częściach kraju i porównuję z naszymi, trójmiejskimi.

Zaskakiwały mnie wyrastając w miejscowościach, w których w ogóle ich się nie spodziewałem. Oczywiste były zawsze w 49 niegdysiejszych miastach wojewódzkich, tak więc Wałbrzych, Piła, Przemyśl, Tarnobrzeg czy Ciechanów stanowiły pewniaki. Tak samo duże miasta, które statusu wojewódzkich nie posiadały, jak chociażby Gdynia, Grudziądz, czy ośrodki konurbacji górnośląskiej. I również, nazwijmy je trzecią kategorią (ale bez wartościowania) miasta niewielkie, z liczbą mieszkańców poniżej 50 tys., jednak stanowiących część wielkich aglomeracji, takich jak warszawska, łódzka czy trójmiejska.

Natomiast ciekawiej robiło się dopiero, gdy znajdowałem je w miejscach nieoczywistych. Było kilka zaskoczeń: Słubice, Ełk, Świnoujście, Cieszyn. W Polsce na dziesięciopiętrowce możemy natrafić w miejscowościach naprawdę małych, niemieszczących się w żadnej z wymienionych wcześniej kategorii. To chociażby Jasło, Gryfino, Dzierżoniów, Bielawa, czy maleńki jak na „wysokie” miasto, z liczbą mieszkańców wynoszącą ledwie 17 tys., małopolski Libiąż. No i są też w naszym Sopocie. I to całkiem sporo.

Przejdźmy się zatem po sopockich osiedlach. Przyjrzyjmy się, co zostawiła nam po sobie miniona epoka i jak ta scheda radzi sobie dziś. Zanim jednak przystąpimy do tej swoistej wiwisekcji kurortowych blokowisk, cofnijmy się o kilkadziesiąt lat, aby odnaleźć motyw, dla którego pojawiły się także tu.

Dekada 70. jawi się (przynajmniej pokoleniu autora) jako względnie współczesna, choć trzeba uświadomić sobie, że w tamtym czasie od końca armagedonu drugiej wojny minęło raptem ćwierćwiecze. Na arenę wkraczało pokolenie powojennego wyżu. Gospodarcze „ożywienie” epoki gierkowskiej, industrializacja kraju i ogromny napływ ludności do miast, powodowały ich bardzo gwałtowny rozrost. Taki stan rzeczy generował olbrzymi wzrost potrzeb mieszkaniowych.

Pojawiały się więc kolejne plany a bloki niczym grzyby po deszczu wyrastały, jak kraj długi i szeroki. Trójmiasto również przeżywało ten budowlany „boom”. Miejskie rady narodowe „przyklepywały” odgórne normatywy bez większych skrupułów, uchwalając plany zagospodarowania zezwalające na budowy wysokich bloków.

Sopot nie był żadnym wyjątkiem. Miasto stało się bardzo atrakcyjnym miejscem do zamieszkania dla osób przybywających na Wybrzeże w celu podjęcia pracy w Gdyni i Gdańsku.  W wyniku napływu ludności z głębi kraju i wybudowania kilku tysięcy mieszkań, Sopot w latach 70. przekroczył niewyobrażalną dziś liczbę 50 tysięcy mieszkańców.

Warto nadmienić, że wobec kurortu ówczesne władze miały bardziej dalekosiężne plany. Przez swoją niemiecką schedę Sopot miał być potraktowany bez jakichkolwiek sentymentów. Żywa była koncepcja zupełnej przebudowy centrum miasta w zgodzie z nurtem socjalistycznej nowoczesności. Pamiątką po tej wizji może być pojedynczy punktowiec z adresem Kościuszki 33c, w swoim czasie mocno oprotestowany przez mieszkańców. Może to właśnie dzięki społecznemu sprzeciwowi „ambitnych” planów nie zrealizowano dzięki czemu do dziś(?) możemy delektować się atmosferą historycznej tkanki kurortu.

Ale bloki zostały. Są z nami już blisko pół wieku i trudno pewnie wyobrazić sobie Sopot bez nich. Zwłaszcza, że wielu z nas-Sopocian wychowało się na tych osiedlach, w tych blokach ma swoje domy.

*

Według klasyfikacji ustawowej budynki o wysokości w przedziale od 25 do 55 metrów włącznie, to budynki wysokie. Klasyczne „dziesięciopiętrowce” mają nieco ponad 30 m wysokości, tak więc w Sopocie Anno Domini 2022 stoi łącznie 60 wysokich budynków (Grand Hotel i kościelne wieże pomijamy, ponieważ to zupełnie inna historia). 58 bloków to budynki mieszkalne, z czego 56 zgrupowanych jest na sześciu osiedlach. Dwa jedenastokondygnacyjne bloki mieszkalne to pojedynczo stojące punktowce przy ulicach Grottgera i Kościuszki. Dwa pozostałe budynki pełnią funkcje usługowe. Pierwszy, to zlokalizowany przy ul. Reja biurowiec z siedzibą banku, w drugim przy ul. Bitwy pod Płowcami mieści się sanatorium MSWiA.

Jako ciekawostkę dodam, że kiedyś stał jeszcze jeden „wieżowiec”, też przy Bitwy pod Płowcami. Był to dziesięciopiętrowy budynek Ośrodka Wypoczynkowego ZREMB-u, który został wyburzony w 1999 r. Samo wyburzenie nosiło znamiona wydarzenia o istotnym znaczeniu, ponieważ pamiętam jak szkoła, do której uczęszczałem całkowicie opustoszała na wieść o wysadzaniu tego budynku. Prawie wszyscy uciekli z lekcji a nauczyciele chyba w ogóle zrezygnowali z ich prowadzenia. Były „ważniejsze” sprawy – pół Sopotu poszło oglądać wielkie „bum” przy plaży.

*

Osiedle przy Al. Niepodległości

Grupa sześciu jedenastokondygnacyjnych punktowców ustawionych równolegle do głównej arterii miasta stanowi integralną część południowo-zachodniego fragmentu Sopotu. Była to inwestycja, zresztą jak w przypadku większości sopockich bloków, Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, która budowała je w latach 70. ubiegłego wieku. Zgrupowanie nie jest odrębną dzielnicą, osiedle też, jako jedyne „wysokie”, nie ma swojej nazwy. Znajduje się po prostu w Górnym Sopocie, choć to mało precyzyjne określenie zważywszy, że w Górnym znajdziemy też na przykład ulicę Paderewskiego, która ma się nijak do tych bloków. Aby je dookreślić, w czasach szkolnych nieco żartobliwie nazywane było niekiedy „Górnym Bronxem”.

Dwa środkowe punktowce stoją do Alei frontem i różnią się też od pozostałych konstrukcją. Mają m.in. większe balkony, klatki schodowe umieszczone w bocznej części budynku oraz tylko sześć mieszkań na kondygnacji, podczas gdy pozostałe bloki mają ich po osiem.

Wielkim atutem osiedla jest jego znakomite skomunikowanie, jednakże bliskość głównej arterii Trójmiasta, torów kolejowych oraz częściowe odgrodzenie od ul. Armii Krajowej sprawiają, że nie ma tu tego poczucia lekkości i przestrzeni, którymi charakteryzują się inne sopockie dzielnice bloków. Osiedle przy Al. Niepodległości z pozycji przechodnia wygląda jak setki ciasnych, raczej mało atrakcyjnych blokowisk w Polsce. Choć oczywiście ratuje je to, że jest w Sopocie.

Nieruchomościami zarządza obecnie NSM Sopot Dolny będąca strukturą organizacyjną wydzieloną z pierwotnej Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Osiedle Mickiewicza

Tu również znajdziemy 6 „wieżowców”. Pięć z nich stoi pod adresem ul. Mickiewicza i jeden nieco z boku z adresem ul. Żeromskiego. Bloki typu MBY-110 zostały wybudowane w latach 1969-72 przez Spółdzielnię Budowlano-Mieszkaniową „Własne Mieszkanie”, według projektu biura „Miastoprojekt”. „Własne Mieszkanie” można określić mianem spółdzielni wyjątkowej, ponieważ jako jedyna w województwie dysponowała wówczas wyłącznie mieszkaniami własnościowymi. Jako wadę tych bloków źródła podkreślają fakt, że około połowa mieszkań posiada ślepe kuchnie.

Mimo to, Osiedle Mickiewicza robi znakomite wrażenie. Z odnowionymi jasnymi elewacjami bloki prezentują się bardzo schludnie. Jako zalety można wymienić lokalizację w bezpośredniej bliskości lasu, usytuowanie na wzgórzu, brak jakichkolwiek generatorów hałasu, nienachalną kompozycję przestrzenną i fakt, że bloków jest tylko sześć. Na ogromny plus ogólnego odbioru zadziałała także uprzejmość pani w biurze spółdzielni i strona internetowa z rysem historycznym, w którym można wyczytać wiele ciekawych informacji na temat osiedla. No i budki lęgowe dla jerzyków zamontowane na szczytach budynków.

Obecnie nieruchomościami zarządza Własnościowa Spółdzielnia Mieszkaniowa im. Adama Mickiewicza w Sopocie. Każdy z bloków to 77 mieszkań, po siedem na każdej kondygnacji. W zasobach spółdzielni mieści się jeszcze jeden wysoki punktowiec przy ul Grottgera oraz dwa czteropiętrowce przy Abrahama.