Press "Enter" to skip to content

Rzecz o schodach. Ranking czysto subiektywny.

Schody na Bergschloss

Miejskie schody – jakże charakterystyczny to element krajobrazu Sopotu. Ta niezwykle urozmaicona rzeźba terenu, na której rozsiadły się wszystkie kamienice, wille, parki i ogrody, powoduje, że jest ich u nas dostatek, prawdziwe mnóstwo. Fakt, pokonywanie ich może być męczące, ale poprzerzucane przez skarpę i wzgórza nie tylko skracają drogę – są również cząstką sopockich tajemnic, tego niezwykłego, hipnotyzującego klimatu ukrytych przejść, sekretnych zakamarków, zaskakujących obrazów. Schody to chyba niewystarczająco doceniony Leitmotiv pejzażu naszego miasta a to przecież on w dużej mierze sprawia, że Sopot jest tak malowniczy, wciągający i ciekawy. Arcyciekawy.

Dwa lata temu odwiedziła nas rodzina ze Szczebrzeszyna, skądinąd przecież uroczego roztoczańskiego miasteczka. Dużo spacerowaliśmy i starałem się, żeby trasy tych przechadzek mogły pomieścić jak najwięcej „ducha Sopotu”. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa kuzyna mojej Kasi, gdy po raz któryś,  ścinając drogę skarpowym przesmykiem, powiedział: „Jakie to miasto jest zaskakujące. Tu na każdym kroku coś się dzieje.” Tak, to absolutna prawda. W Sopocie nie ma monotonii, chcącym zgłębiać owego „ducha” z całą pewnością nie grozi nuda.

Schody kryją tajemnice. Przerzucone przez gęstwiny zarośli i drzew są niczym przejścia między światami, między kolejnymi odsłonami miasta. Jakże mocno działały na wyobraźnię dziecka majestatyczne baszty z kutymi latarniami przy ówczesnej ulicy Pstrowskiego. Same schody wydawały się ogromne, przeogromne. Wolno nam było bawić się tylko na górze, „tylko do schodów” – powtarzali rodzice, dalej był zakaz. A przecież na dole coś było, krył się tam jakiś inny, nieznany nam jeszcze świat…

I w tym miejscu rozpocznę już swój ranking, ponieważ schody na Lipowej są w mojej opinii najpiękniejsze. To majstersztyk miejskiej architektury, sposób wkomponowania w przestrzeń, proporcje, detal, tu wszystko gra niezwykle czystym tonem. Szczęśliwie podczas przeprowadzonego w ostatnich latach remontu należycie uszanowano historyczną wartość tego miejsca. Te wspaniałe schody są kwintesencją Sopotu, tak prozaiczna wydawałoby się rzecz nabiera w tym przypadku rangi prawdziwego dzieła sztuki.

*

Przeważnie miasta płaskie wydają mi się na pierwszy rzut oka mniej ciekawe od tych, nazwijmy je – „górzystych”. Oczywiście w Polsce z racji geografii terenu, tych drugich mamy niewiele, ale przykład Trójmiasta jasno pokazuje, że i na niżu gdzieniegdzie może dziać się bardzo ciekawie.

Spędziłem kiedyś kilka miesięcy w Warszawie. Pokonując codziennie w drodze do pracy Park Beyera szedłem wysokimi schodami prowadzącymi do Alei Jerozolimskich. Tę drogę traktowałem jako skrót, którym faktycznie była, ale owo miejsce miało pewien dodatkowy, bardziej metafizyczny wymiar. Park ze skarpą i schodami działał kojąco, dawał chwilę wytchnienia i spokoju w jakże zatłoczonej i głośnej stolicy. Swoim podobieństwem przywoływał też Sopot, przez chwilę mogłem poczuć się jak w domu.

I to właśnie ona a nie nowoczesny i imponujący skyline stolicy, nie klimatyczne uliczki Starówki, i nie dekadencki urok knajp Powiśla, tylko właśnie Wiślana Skarpa w przepięknej kwietniowej szacie uratowała wtedy dla mnie Warszawę.

*

Początkowy zamysł tekstu był taki, żeby przedstawić ranking miejskich schodów Sopotu bardziej technicznie i w uporządkowany sposób. Miały być więc najwyższe, najdłuższe, najszersze, najpiękniejsze, najbardziej tajemnicze itp. Ot, wybór i opis, ale w trakcie pracy doszedłem do wniosku, że byłoby to zbyt „suche” i niedostatecznie wyczerpujące temat.

Zakładałem możliwość popełnienia błędu, ponieważ ów ranking chciałem oprzeć na swoich obserwacjach i znajomości miasta. Dla przykładu kategoria „najbardziej ukryte” byłaby już kompletnie subiektywnym odczuciem. Coś, co mi wydaje się być schowane i trudno dostępne, dla kogoś, kto mieszka w pobliżu takie już nie będzie.

Natomiast w przypadku kategorii czysto technicznych, jak np. „najdłuższe”, zadanie jest całkowicie wykonalne, wystarcza po prostu dokonać pomiaru. Ale zakładam, że mogę któreś ze schodów nieświadomie pominąć albo nawet o jakichś nie wiedzieć. W końcu zgłębianie Sopotu to niekończące się studium zaskoczeń i nowych odkryć.

Dlatego trudno, jeśli mój faworyt w rzeczywistości nie jest „naj” przyjmę to do wiadomości i potraktuję jako kolejną lekcję o moim ukochanym mieście. Niewielkie różnice w ogólnym wydźwięku miałyby małe znaczenie a tekst ma być luźny i mieć raczej formułę ciekawej zabawy, niż sztywnego inżynierskiego podejścia do wykonania zadania.

Leśne schody na „Marca”

Zredukowałem ilość kategorii. Wyłączam też schody leśne, prywatne i cmentarne. Na przykład te prowadzące na Glinną Górę czy schody z 23 Marca na „Łysą” są imponująco wysokie, ale to las. Głównym kryterium wzięcia udziału w rankingu jest posiadanie funkcji schodów miejskich, prowadzących z jednego fragmentu Sopotu do drugiego, z jednej ulicy na drugą, lub do miejsc ogólnodostępnych, zarówno obecnie, jak i w przeszłości.

*

No to gdzie są najdłuższe schody w Sopocie? Znajomy zasugerował te znajdujące się na osiedlu Kamienny Potok, prowadzące z ulicy Kujawskiej do Mazowieckiej. Mniej więcej w połowie przedziela je odnoga Mazowieckiej, ale myślę, że śmiało można traktować je jako jeden ciąg. Korzystamy więc z narzędzia dostępnego na stronie geoportal.gov.pl, rysujemy linie i otrzymujemy długość 95 m.

Z Kujawskiej na Mazowiecką

Moim faworytem były jednak inne schody. Te również znajdują się na Kamiennym Potoku, pną ostrym zakosem po zboczu doliny z ulicy Obodrzyców i kończą pod adresem Kraszewskiego 21C przy siedzibie spółdzielni. Jeśli dodamy kilkanaście znajdujących się tuż obok stopni prowadzących wzdłuż skarpy na mieszczący się po prawej stronie parking, otrzymujemy imponujący wynik 166 m! Myślę, że nie do przebicia.

Najdłuższe i najwyższe – z Kraszewskiego na Obodrzyców

I niewątpliwie są to też schody bardzo wysokie. Z racji długości nie męczą stromością, ale wyniosłość skarpy ponad poziom ulicy jest w tym miejscu znaczna, dlatego warto to sprawdzić. Korzystamy więc z narzędzia dostępnego na stronie wysokościomierz.pl i sprawdzamy różnicę poziomów zaznaczanych punktów. Wychodzi ok. 12 m, i co ciekawe w przypadku schodów przy Mazowieckiej wynik jest bardzo zbliżony. I to będą też najprawdopodobniej najwyższe miejskie schody w Sopocie. Zakładam pewną nieprecyzyjność wysokościomierza, ale przeklikałem ewentualnych pretendentów i żaden nie wzniósł się powyżej tego wyniku.

Okrężna

Pozostawiłem też kategorię schodów najbardziej ukrytych choć, jak już wspomniałem, będzie to tylko moje wrażenie. Wrażenie mieszkańca Dolnego Sopotu, w którym znajdują się przecież tylko wejścia na schody prowadzące przez Sopocką Skarpę. Moim faworytem w tej kategorii są te pomiędzy Aleją Niepodległości a ulicą Okrężną a właściwie jedną z jej odnóg. To tam właśnie, w wąskim przesmyku pomiędzy domami kończą się te niewysokie i dość niepozorne schody. Oczywiście z Alei są one dobrze widoczne, ale wejście z Okrężnej to już naprawdę dobrze schowany miejski zakamarek.

Z Reymonta na Kopernika

Ukryte jest też zwieńczenie schodów prowadzących z ulicy Kopernika na Reymonta. Znajduje się pomiędzy domami i jest dobrze widoczne z ulicy, ale z racji swojego położenia w tych bocznych i ukrytych zaułkach Sopotu robi wrażenie mało znanego i nieodkrytego. A ulica Conrada to jeden z najpiękniejszych fragmentów miasta – to duch Sopotu w całej swojej okazałości. Miejsce z historią, nieoczywiste, schowane przed gapiem, owiane aurą tajemnicy. Można się tam dostać tylko od ulicy Kochanowskiego lub właśnie tymi schodami i, co ważne naprawdę warto – Cesarskie Wzgórze to dawne sanatorium i restauracja, piękne wille, okazałe drzewa i idealnie położony zabytkowy bruk.

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów starych sopockich schodów były kamienne murki. Wraz z otaczającą go zielenią i oświetleniem, to właśnie ten element nadawał stylu i klimatu tym wszystkim jakże charakterystycznym sopockim miejscom.

Niestety często stan techniczny murków był już na tyle zły, żeby nie powiedzieć tragiczny, że wymagały remontu. Napór materiału ziemnego ze skarpy i ząb czasu zrobiły swoje. W niektórych miejscach podczas prac remontowych usunięto jednak kamienny budulec i zastąpiono go betonem.

Kiedyś uwielbiałem wędrować schodami prowadzącymi od Kościoła Gwiazdy Morza do ulicy Sobieskiego. Po remoncie przestałem tamtędy chodzić, ponieważ trasa zupełnie straciła swój wdzięk. Rozumiem konieczność remontowania tej infrastruktury, erozja jest niszczycielska, ale sposób, w jaki to zrobiono ugodził w wartości krajobrazu Sopotu. Mówiąc wprost – popsuł go. Ten beton najpewniej dobrze spełnia swoją funkcję, ale jest okropny i trudno na to patrzeć, pamiętając jak to miejsce wyglądało wcześniej.

Charakterystycznych kamiennych murków wciąż jeszcze trochę zostało. Niestety również są w złym stanie. Wydaje się, że jedyne co można zrobić, by je ratować, to po prostu trzymać rękę na pulsie i nie dopuścić, by komuś przyszły do głowy pomysły, by lać w tych miejscach „betony”. Nie jestem inżynierem, nie znam się na erozji, osuwaniu skarp i budowie murów oporowych, ale jestem przekonany, że istnieją sposoby, by skarpy jednocześnie wzmacniać a miejską infrastrukturę remontować w zgodzie z poszanowaniem historii i wywoływanego już ducha Sopotu.

Takie murki wciąż możemy zobaczyć m.in. na schodach w Parku Północnym. I tu zostawiłem sobie ostatnią kategorię mianowicie – najbardziej tajemnicze. Stawiam na zamknięte od lat schody prowadzące z parku na Bergschloss. Obecnie są w opłakanym stanie. Osuwający się materiał ze skarpy wypiętrzył stopnie, schody są pokrzywione, zasypane ziemią i przywalone konarami.

Na Bergschloss

Ale nie da się ukryć, że wciąż jest tam magia Sopotu, zwłaszcza wieczorami. Klimat tajemniczy, mocny, może nawet nieco groźny. Czuć na nich powiew minionej świetności, prowadziły przecież do chętnie odwiedzanej i renomowanej restauracji, choć dziś to oczywiście jedynie melodia przeszłości.

Cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, żeby ci wszyscy kowale wykuwający „nowy, wspaniały Sopot” nie zechcieli znowu pójść o krok za daleko. Aby kolejnego miejsca nie zamienili w pseudonowoczesny jarmark, festiwal bufonady i taniego blichtru. I zamiast odzyskać świetność w wysmakowanej i unikalnej atmosferze starego Sopotu, otrzymamy kolaż mizernych podrygów, służący jedynie nabijaniu kolejnych zer na kontach zacnych panów biznesmenów.