Press "Enter" to skip to content

Sopockim szlakiem koncertowym cz. I

Sopot od zawsze rozbrzmiewał dźwiękami muzyki. To, co działo się tutaj po wielokroć rezonowało i odbijało echem na cały kraj, można rzec – nadawało ton. Miał w tym względzie swoją legendę i dobrze wykutą markę, bo obok morza, to właśnie muzyka definiowała nasze miasto, to z nią było ono utożsamiane.

Oczywistym był letni festiwal w Operze Leśnej, ale nie tylko. W muzycznym uniwersum Sopot miał do zaoferowania o wiele więcej. Było mnóstwo innych wydarzeń – koncertów, festiwali, oraz samych twórców, którzy w naturalny sposób czuli potrzebę grania. Tutaj zawsze dużo się działo i każdy znalazł coś dla siebie. Od jazzowych jamów w Papryce po Marylę w Operze, od zespołów parafialnych po techno w Sfinksie; jak na górskiej kolejce – przez muzykę klasyczną, bluesa, metal, elektronikę, do rapu pod gołym niebem w skate parku na Brodwinie. Bo Sopot i muzyka są (czy oby jeszcze?) nierozerwalnie ze sobą związane, to symbioza przynosząca obopólne korzyści.

Ale czy tylko ja mam wrażenie, że poziom wydarzeń muzycznych w ostatnich latach spadł? I czy muzyka wciąż jeszcze stanowi podstawowe skojarzenie z Sopotem? Można się nie zgadzać, ja w to wątpię. Nie chcę wydawać krzywdzących i uogólniających opinii. Zdaję sobie sprawę, że są zdarzenia na poziomie a w swoich domach przed ekranami komputerów dłubią w dźwiękach prawdziwi pasjonaci. Wiem, że są. Ale to będą raczej wyjątki potwierdzające regułę. Sopot stał się mekką niezbyt wysublimowanej rozrywki. A na pytanie o to, jakie skojarzenia dziś wzbudza, niech każdy odpowie sobie sam.

Dlatego w ramach cyklu o sopockich szlakach przedstawiam kolejny zestaw memuarów – wspomnienie o miejscach i wydarzeniach, które nieodłącznie kojarzą się z muzyką. O miejscach i wydarzeniach, które elektryzowały publikę i miały wielką nośność. Ale też o tych mniejszych, zapomnianych, o scenie „undergroundowej”, piwnicznej i garażowej; tych, gdzie znalazło się choćby kilku zapaleńców, żeby grać. Grać, grać, grać! I słuchać, jak najwięcej, najlepiej bez przerwy, bo muzyka to był Sopot, Sopot był muzyką, muzyką byliśmy my. Oto fragment tych wspomnień.

Opera Leśna

Dla wielu zapewne pierwsze skojarzenie. I słuszne, bo właśnie festiwal w operze był najbardziej znany i rozsławiony wśród szerokiej publiczności. Dzięki występom artystów z zagranicy, również tych z Zachodu, w dusznej atmosferze komuny był oknem na świat, swoistym z nim łącznikiem. Ciekawe, że w latach 90. zaczął nawet nabierać większego rozmachu, bo na deskach opery stanęły gwiazdy z najwyższej światowej półki, choćby wspomnieć Whitney Houston czy Eltona Johna. Później coś się zmieniło, impet wyhamował. Jaka jest ranga dzisiejszych festiwali, które odbywają się w tym przepięknym miejscu w sopockim lesie?

Ale mówiąc o Operze Leśnej trzeba wspomnieć, że przez wiele lat prezentowała szeroką ofertę koncertową poza formułą festiwalu. Miejsce po prostu żyło i świetnie służyło temu, do czego zostało powołane. Koncerty, które tam się odbywały często były bardzo dużymi wydarzeniami, wykraczającymi daleko poza wymiar lokalny. Do opery ściągały tłumy, ludzie wprost pragnęli tam być. Kto pamięta czasy, gdy myślało się o tym, czy uda się dostać bilet na koncert? Jakiż był szał, jaka ekstaza rozhisteryzowanych groupies, gdy w 1996 r. w Sopocie występowali pięknisie z Backstreet Boys? Absolutnie nie moja bajka, ale pisk tysięcy dziewcząt przeszywał całe miasto tak bardzo, że aż trzeba było podejść pod operę i zobaczyć, co tam się dzieje. „Chłopcy z zaułka” byli w tamtym czasie absolutnym topem.

Pierwszy koncert w Operze Leśnej, na który koniecznie chciałem iść, tak naprawdę nigdy nie doszedł do skutku. Grać miał Kult. Jednak z niewiadomych przyczyn został odwołany. To tylko domysły, ale pamiętny występ Kazika Staszewskiego z suszarką do włosów zamiast mikrofonu mógł być na tyle kłopotliwy, że w późniejszym czasie zbyt trudne okazało się dojście do porozumienia z zarządcami obiektu. Tak wtedy myślałem. A do sopockiego festiwalu Kazik odnosił się, delikatnie rzecz ujmując, bardzo krytycznie, czego wyraz niejednokrotnie dawał w swoich tekstach.

Tak więc Kult nie przyjechał. Byliśmy bardzo zawiedzeni, ale organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Bilety można było zwrócić lub pójść na inny koncert w tym samym terminie. Zdecydowaliśmy się iść. Na scenie stanęły trzy zespoły: Elektryczne Gitary, De Mono i Golden Life. To był strzał w dziesiątkę. I choć to również nie było granie z mojego świata, energia była znakomita. Biegającego po scenie Andrzeja Krzywego i zespołu wykonujących cover The Clash „Should I stay or should I go” po prostu nie da rady wymazać z pamięci.

Innym wielkim wydarzeniem był koncert promujący drugie wydawnictwo zespołu Hey pt. „Ho!”. Wyczekaliśmy go z wielką niecierpliwością a bilety kupowaliśmy z wielotygodniowym wyprzedzeniem. I gdy w końcu nadszedł ten dzień, wybraliśmy się do opery wielką ekipą, chyba z dwadzieścia osób. Hey był w tamtym czasie nie tylko zespołem – niezwykle charakterystycznym z charyzmatyczną wokalistką i melodyjnymi, acz ostrymi kompozycjami. Wśród młodzieży był zjawiskiem. W czasach gdy źródłem muzyki były telewizyjne stacje i programy muzyczne, moc z jaką eksplodował Hey na polskim rynku muzycznym, dawał nadzieję na to, że zespół jest w stanie wyjść poza Polskę i zrobić międzynarodową karierę. Nic takiego się nie stało. Ale koncert był przedni. Od początku do końca tłum śpiewał razem z Nosowską. Wszystkie utwory.

Dziś Opera Leśna ma konkurencję w postaci Ergo Areny. Pojawia się problem z formułą w jakiej powinien funkcjonować ten historyczny obiekt. Być może stąd biorą się dziwaczne pomysły budowy hotelu obok sceny. Symbol Sopotu, kawał historii miasta i muzyki stanie się widokiem z hotelowego apartamentu. W taki sposób. A może jednak Opera Leśna powinna służyć do tego, z czego słynie i zgodnie ze swoim przeznaczeniem?

Molo

Na molo doświadczyłem swojego pierwszego dużego koncertu w życiu. Miałem około 10 lat a na scenie pewnego sierpniowego wieczoru występował Oddział Zamknięty. Ależ to było wielkie przeżycie! Wielka scena, potężne nagłośnienie i tłum wyśpiewujący razem z wokalistą teksty piosenek. To wszystko sprawiło, że pokochałem muzykę na żywo.

W późniejszych latach na molo wykluł się jednak twór o wiele poważniejszy niż okazjonalne granie polskich kapel w letnie wieczory. Mowa tu o festiwalu „Marlboro Rock In”, którego trzy edycje miały miejsce w Sopocie w latach 1994-96. Ta impreza potrafiła zaskakiwać. To przecież na niej latem 1994 na scenie przy molo pojawili się panowie z Radiohead. I choć już wtedy cieszyli się zasłużoną estymą, to chyba mało kto przewidywał, że zespół zajdzie aż tak daleko, że zanotuje taki progres i stanie się wręcz ikoniczny w przestrzeni ambitnego, alternatywnego grania.

Podczas drugiej edycji w roku ’95 na festiwalu zameldował się Ice-T ze swoim Body Count. Raper jako jeden z prekursorów gatunku już wtenczas był żywą legendą i cieszył się światową sławą. Do Sopotu ściągały tłumy fanów rapu z całej Polski. Pamiętam, jak dziwiliśmy się, że aż tylu ich jest, przecież w tamtym czasie hip-hop w Polsce był w zupełnych powijakach, nie było wydawnictw a z twórców rozpoznawalni co najwyżej Liroy i Wzgórze Ya-Pa 3.

I wtedy podczas koncertu stało się coś niesamowitego. Ice-T wyciągnął z tłumu pod sceną młodego chłopaka i zaprosił go do siebie. Wystartował beat i chłopak wysokim, pełnym energii głosem zaczął rapować. Tłum oszalał, cieszyliśmy się, że mamy w Polsce takiego chłopaka, tak odważnego i z takim sercem do rapu. Kto to był? Tak, to młodziutki Peja, człowiek, który później stał się jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny hip-hopowej.

Ostatnia edycja festiwalu również przyniosła coś bardzo wartościowego, bowiem do Sopotu przyjechali Foo Fighters. To było ogromne wydarzenie. W moim mieście zawitał perkusista Nirvany. Ze swoim nowym zespołem, w nowej roli, ale to on, facet, który jeszcze dwa lata wcześniej grał obok Kurta. Na tym koncercie po prostu trzeba było być. W sieci udało mi się znaleźć wywiad z Davem przeprowadzony na molo przez Romana Rogowieckiego właśnie podczas tamtej wizyty. Wywiad, który pokazuje jak skromnym i sympatycznym gościem jest frontman Foo Fighters, były perkusista Nirvany.

Rockowy festiwal na molo był nie tylko znakomitą okazją do zobaczenia i posłuchania na żywo światowej klasy zespołów. Miał on pewnego rodzaju moc sprawczą, ponieważ był niejako krok przed tym, co za chwilę nabierało mocnego rozpędu, wkraczało w szerszy wymiar. Tak, tu w Sopocie. Trzeba przyznać, że organizatorzy wykonywali świetną robotę. Wielka szkoda, że ten festiwal tak szybko zwinął się z Sopotu.