Press "Enter" to skip to content

Lata dwudzieste… idzie nowe?

Oglądając w sylwestrowy wieczór w Sopocie fajerwerki (których używanie było w tym roku w naszym mieście zakazane…) wkroczyliśmy, jak gdyby nigdy nic, w lata dwudzieste dwudziestego pierwszego wieku.

Żarty się skończyły, dwudziesty wiek odszedł na dobre. Jak właśnie przeczytałam, Magdalena Środa w Gazecie Wyborczej stwierdza, że Polska stała się „dziwadłem na peryferiach Europy” i „odskoczyliśmy od demokratycznego świata o lata świetlne”. To ja się w takim razie zastanawiam, co można powiedzieć o lokalnym wymiarze naszej polskiej polityki. Choćby na przykładzie naszego miasta. Bo to dopiero jest dziwadło

Władze Sopotu próbują w ostatnich latach dokonać liftingu swojego politycznego wizerunku. Jak leciwa stereotypowa primadonna stosują różne kremy i zabiegi, które mają ujędrnić nieco zmęczoną skórę, tak by spod twarzy konserwatywnej matrony wyłoniła się alternatywna europejska aktywistka. Prezydent Sopotu, który podobno potrafi w ciągu jednego Bożego Ciała uczestniczyć w kilku procesjach w mieście, w dodatku głośnio śpiewając, teraz (nieomal) równie głośno broni praw osób LGBTQ. Próbuje, skądinąd słusznie, powstrzymać polowania na sopockie dziki, chce za wszelką cenę, nawet wbrew negatywnym opiniom Janiny Ochojskiej, sprowadzić do Sopotu niepełnosprawne, okaleczone w czasie wojny sieroty z Aleppo i podczas sesji rady miasta wraz z radnymi pije (słusznie) kranówkę zamiast wody w plastikowych butelkach.

Mimo pozornie liberalnej przemiany na rzecz otwartości, za tymi kosmetycznymi zmianami nie idzie głębsza demokratyczna próba włączenia mieszkańców w procesy zarządzania. Rodzi się obawa, że drobne koncesje robione są na pokaz, podczas gdy nadal od świata demokracji dzieli nas bezkresna, kosmiczna przestrzeń. Cel prezydenta, w moim przekonaniu, pozostaje ten sam, utrzymanie za wszelka cenę władzy i wpływów, a pozorne otwarcie na różnorodność i ekologię jest tylko taktycznym środkiem, który ma do tego doprowadzić. Co tam, skoro w ten sposób można zaatakować PiS to niech nawet będzie i marsz równości i imigranci, którzy i tak nie przyjadą, a woda z kranu w końcu w Sopocie jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Można zacisnąć zęby i jakoś to wszystko przełknąć.

Do czasu kiedy dla władz miasta miarą sukcesu i jedynym obsesyjnym celem będzie zwycięstwo nad PiS uzyskiwane drogą manipulacji, a nie demokratyczne zmiany i otwarcie na mieszkańców, tak długo nasza niewielka gmina pozostanie największym dziwadłem w Polsce. Nie wspominając o Europie.

Pozostaje jeszcze szansa, że mieszkańcy w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku przestaną się nabierać na tanie sztuczki primadonny po liftingu. Pod różową „tapetą” dostrzegą szaro-siną twarz spryciarza, który chcąc zadowolić dewelopera lewą ręką popija kranówkę, a prawą podpisuje nowy plan zagospodarowania miasta zezwalający na wycinkę drzew i pięciokondygnacyjną zabudowę osiedla na użytku ekologicznym.Może w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku już czas by sprytni manipulatorzy przestali mamić zwolenników postępu namiastkami realnej zmiany?

Może czas powiedzieć „sprawdzam” i domagać się faktycznej realizacji obietnic o partycypacji mieszkańców w zarządzaniu miastem? Mieszkańcy chcą aby biblioteka dla najmłodszych pozostała na ulicy Obrońców Westerplatte? Więc powinna tam pozostać. Mieszkańcy nie chcą zabudowy trzcinowiska obok Ergo Areny? Więc nie powinno zostać zabudowane. Niech realizacja naszych pragnień będzie miarą naszej partycypacji. Nie dajmy się nabrać na działania pod publiczkę, które choć ważne, same w sobie nie przesądzają o tym, że dokonuje się w naszym mieście realna zmiana na rzecz demokracji. I tego sobie i innym mieszkańcom w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku życzę.